Visit Us On FacebookVisit Us On YoutubeVisit Us On Instagram

 

Azerbejdżan zachwyca i przyciąga jak magnes. Pisząc ten post, pojawiają mi się w głowie krajobrazy emanującego swoim pięknem Kaukazu, przeróżnych rozmiarów wulkany błotne oraz płonące zbocza. Ponadto powracają ciekawe smaki lokalnych potraw, napojów, a także miłe wspomnienia związane  z kontaktem z tubylcami.

Głównym planem naszego wyjazdu było nawiązanie bliższego kontaktu z tamtejszą przyrodą i wejście na szczyt góry “Babadag” (3629 m n.p.m.), z którego roztaczają się fenomenalne widoki na kaukaskie szczyty, postrzępione granie i długie doliny. Nazwa “Babadag” oznacza górę dziadka. Niektórzy nazywają ją też “Qarli baba”, czyli śnieżny dziadek. Góra ta jest położona na pograniczu dwóch rejonów: Quba i Ismayilli. Podobno, jeżeli wyjdzie się na nią siedem razy, to otrzymuje się honorowy tytuł “Hazrat”, który znaczy wasza świętobliwość lub jego świętobliwość. Zatem pozostało nam jeszcze tylko 6 wejść 😀

Góra uznawana jest za świętą i magiczną, ale jedyną magię jaką odczuliśmy podczas zadawania się z nią to były niesamowite widoki oraz wzmożona produkcja endorfin towarzysząca wysiłkowi. Dość czasochłonna była wędrówka doliną “Girdimanchay”, głównie z powodu wielokrotnego przekraczania rzeki. W drugą stronę poszło jednak już zdecydowanie szybciej i w miarę gładko. Na około 2200 m n.p.m. znajduje się sezonowy obóz “Gurbangach”, z którego zaczyna się już właściwe i dość strome podejście. Nasza przygoda przypadła na przełom maja/czerwca, jeszcze przed rozpoczęciem sezonu (sezon od lipca do sierpnia), dzięki czemu szlak i cały obóz był pozbawiony ludzi. Jedyną zmorą była znaczna ilość łatwo zapadającego się, mokrego i dość ciężkiego śniegu w partiach szczytowych. Trzeba było baczniej zwracać uwagę na stoki o ekspozycji południowej. Ale zarówno taką sytuację, jak i warunki zawsze można obrócić na swoją korzyść i dostarczyć sobie trochę frajdy. Sami zobaczcie na filmiku zamieszczonym poniżej 😉

 

 

Pierwszy nocleg w otoczeniu gór po przylocie do Azerbejdżanu. Tę noc zapamiętam na długo…  Błyskawice tańczyły po niebie z taką częstotliwością, że w namiocie było jasno, a Wojtek musiał sobie położyć coś na oczy, żeby móc zasnąć. Ponadto wielkość opadów była prawdziwym testem dla sprzętu. Żółty namiot Salewy, pomimo wcześniejszej, dodatkowej impregnacji, zaczął przemakać w środku nocy .

Pracownik parku postanowił nas podwieźć swoim UAZ-em do kolejnej miejscowości, z której następnie ruszyliśmy w kierunku obranej za cel góry. Pełni on niejako funkcję szeryfa całej doliny, prowadzi rejestr turystów wchodzących i wychodzących z doliny oraz sprzedaje bilety do parku.

Trochę tajemniczo i pochmurnie.

A na kolację 长寿面, czyli chiński makaron długowieczności w połączeniu z goloneczką i gulaszową. Kto wie, może po tym posiłku pożyjemy teraz trochę dłużej 😀

Powolna droga do turbazy, ale z super widoczkami.

Sezonowa baza “Gurbangach”.

Porządny dach nad głową to czasami wybawienie, o czym przekonaliśmy się w drodze powrotnej, kiedy pogoda się znacznie pogorszyła.

Piotrek i Auri na podejściu.

No i co ci chłopie więcej do szczęścia potrzeba? 😀

Poranek na 3000 m n.p.m.

Sprawdzanie stanu naszej herbatki 😀

Powiadają, że głód jest najlepszym kucharzem. Nie sposób się z tym nie zgodzić.

Fotka ze szczytu góry “Babadag” na 3629 m n.p.m.

 


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *