Visit Us On FacebookVisit Us On GooglePlusVisit Us On YoutubeVisit Us On Instagram

Perypetie mongolskie

Część II

Czekając na stepie, co pewien czas (może co kwadrans) przejeżdżało koło mnie auto, które zatrzymywałem i pytałem o możliwość podwiezienia do interesującego mnie miejsca. Po około godzinie oczekiwania trafiłem na kierowcę, który twierdził, że zmierza tam gdzie ja. Nie znał on angielskiego, dlatego cała komunikacja była poparta gestami i mimiką, a w takich momentach właśnie zaczyna się prawdziwa przygoda 😀 Po pewnym czasie jazdy samochodem odbił on nagle od drogi głównej, podjechał pod swoją jurtę, zgasił silnik i zaprosił mnie do środka. Przedstawił mi natychmiast całą swoją rodzinę. Jego ojciec, obdarzony największym szacunkiem ze względu na wiek, poczęstował mnie tabaką. Każdy prawdziwy Mongoł posiada bowiem tabakierkę, którą podaje swoim gościom przy podejmowaniu ich. Zapaliłem też z nimi tradycyjną, długą i pięknie ozdobioną fajkę mongolską oraz wypiłem trochę archi (niskoprocentowy alkohol powstały w wyniku destylacji sfermentowanego mleka kobylego). Podano mi też kumys i posiłek domowej roboty, sam nie wiem co to do końca było, ale niebo w gębie 😀 Po obiedzie przyszła pora na zebranie trochę mleka do produkcji pysznej mongolskiej “ambrozji”. Była to ciekawa i niezwykle wartościowa lekcja. Jak się okazało, na wszystko jest sposób.

Mongolskie klimaty

Nowoczesność dociera powoli nawet tutaj

Jeden z elementów produkcji kumysu

Niebo w gębie 😀

Niezwykle przyjaźnie nastawieni i gościnni ludzie

Po wspaniałej gościnie postanowiłem jeszcze raz złapać jakiegoś stopa. Dłuższa chwila czekania i szczęście się do mnie uśmiechnęło. Trafiłem na trzy rodziny mongolskie podróżujące wspólnie terenówkami. Jechali oni dokładnie tam gdzie chciałem dotrzeć. To znaczy mieć farta!  Podróżowałem z nimi kilka dni. Byli dla mnie jak prawdziwa rodzina. Dzięki nim, a w szczególności kumplowi o imieniu Byamba, poznawałem zwyczaje i kulturę Mongołów. Kiedy zatrzymywaliśmy się na dłużej w jakimś miejscu, wypożyczaliśmy sobie konie i galopowaliśmy po stepie. Wieczorami rozmawialiśmy często o wilkach, Mongolii i naszej przyszłej wyprawie konnej po dzikich terenach mongolskich. Codziennie próbowałem nowych potraw. Kuchnia mongolska oparta jest głównie na mięsie (najlepszej pod słońcem baranince), tłuszczu i produktach mlecznych. Pewnego dnia jeden z Mongołów upolował tarbagana (coś w rodzaju naszego świstaka). Przygotowano go w tradycyjny sposób. Trzeba było skombinować wyschnięte odchody jaków które są zbierane i składowane przez nomadów, rozpalić z nich ognisko rozgrzewając porządnie kamienie, które następnie wrzuca się do garnka z przygotowanym wcześniej mięsem. Później należy poczekać około godziny aż mięso się upiecze i zmięknie. Po dotarciu do głównego celu mojej podróży, czyli ośmiu jezior położonych w górach, przypominających trochę nasze Biesy, wspięliśmy się na szczyt górki, z której roztaczał się olśniewający widok na jezioro. Na jej szczycie, tuż przy owoo, Byamba nauczył mnie szamańskiego tańca, w którym rozpościera się ręce i wykonuje specyficzne ruchy. Całość przypomina lot orła zataczającego okręgi. Kolejnym przystankiem na naszej trasie był największy wodospad w kraju, który ze względu na swoją wielkość robi wrażenie. Do godnych uwagi momentów wycieczki należała również naturalnie gazowana woda wypływająca spod skał. Spływała ona później do rzeki, z dna której też wydobywały się tajemnicze bąbelki z CO2. Ogromne wrażenie zrobiła również na mnie wizyta na wiejskiej dyskotece, gdzie grało lokalne disco polo, a ludzie często byli ubrani w tradycyjne stroje zwane deel. Niektórzy mężczyźni nosili słomiane kapelusze z szerokim rondlem i okulary przeciwsłoneczne, co wyglądało trochę komicznie, prawie rodem z filmu western 😀 Tańce były niecodzienne i raczej nie potrafiłbym ich teraz powtórzyć. Przyznam, że czułem się tam trochę skrępowany, ponieważ była to lokalna impreza, a ja za bardzo wyróżniałem się z tłumu i niemal wszystkie oczy były skierowane na mnie 😀 Ale żeby zrozumieć to o czym piszę, trzeba tak naprawdę poczuć to na własnej skórze, do czego wszystkich was serdecznie zachęcam 😉

Rzeka Orkhon

Moja druga, mongolska rodzina 🙂

Konie mongolskie są dużo wytrzymalsze, dzielne i nie trzeba ich podkuwać. Obowiązujący styl jazdy to western.

Jak widać, poza zielenią istnieją tam inne kolory 🙂

Ciekawskie jaki

Największy wodospad w kraju

Fotka z Byambą

Niewyobrażalne przestrzenie i prawdziwa wolność nomadów

Ooo tak, to zew Mongolii

Mięcho, mięcho i mięcho. Po prostu mniam 😀

Miejsce, które wyśniłem sobie

Czasami i taka pogoda w krainie błękitnego nieba

Odchody jaka dają niemalże bezwonny, biały dym

Tak się wspólnie bawimy w wolnych chwilach 😀

Nic dodać, nic ująć

W promieniach zachodzącego słońca

W następnym wpisie przeczytacie o stolicy i moim wypadzie do Parku Terelj 😉


Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *