Visit Us On FacebookVisit Us On YoutubeVisit Us On Instagram

Co tak naprawdę przydarzyło mi się w krainie błękitnego nieba? Przeczytajcie sami! 😉

Uwaga: Materiał ten może być najeżony bakteriami z rodzaju „Szwędacz-Bacillus”. Czytelniku, robisz to na własne ryzyko!

W tym wpisie opiszę przygody, które mnie spotkały poza Ułan Bator, a samą stolicę postaram się wam przybliżyć w innym. Moje perypetie zacznę od podróży autobusem z UB do centralnej Mongolii, gdzie poznałem dziewczynę o imieniu Degi, pracującą na co dzień w lokalnym biurze podróży. Przegadałem z nią całą trasę i jeszcze wieczór (siedząc na stepie z miliardem gwiazd i łysym nad głową), poruszając przy tym niemal wszystkie możliwe tematy, od filozoficznych, po te bardziej przyziemne. Jakże ogromnie interesujące i pouczające są zawsze takie rozmowy… W samym autokarze nie dało się nie zwrócić uwagi na tradycyjną muzykę “wypełniającą” jego wnętrze i niecodzienne teledyski, w których najczęstszym motywem są stada koni biegających po stepie, niesamowite krajobrazy, czy nawet kobieta dojąca baktriana (dwugarbny wielbłąd). Będąc w miejscowości Charchorin (dawne Karakorum), gdzie mieściła się przez pewien czas stolica wielkich chanów mongolskich, udałem się do jednego z najstarszych i największych klasztorów lamajskich w Mongolii-Erdene Dzuu. Jako jeden z niewielu przetrwał on akcję niszczenia świątyń i zabijania mnichów przez komunistów. Po wizycie i spenetrowaniu obszaru, poszedłem na niedaleko położone wzgórze, żeby zobaczyć z góry panoramę miasta, klasztor i otaczające go tereny. Spacer po nachylonym zboczu w ogromnym upale wynagrodził mi widok, który ujrzałem na szczycie. Stałem się świadkiem rytuału związanego z szamanizmem. Kobieta, która trzymała w jednej ręce specjalnie uformowaną, drewnianą łyżkę, zanurzała ją w miseczce z ajragiem/kumysem (sfermentowane mleko kobyle), a następnie szybkim ruchem rozpryskiwała go po stepie. W miejscu kultu szamańskiego (owoo), czyli kamiennego kurhana, zostały zapalone kadzidełka, a u jego podnóża widniały czaszki zwierząt, które są składane jako ofiara dla duchów.  Po zakończonym rytuale, kobieta i jej mąż poczęstowali mnie miseczką ajragu, który wypiłem w ekspresowym tempie. Chyba nic tak nie gasi pragnienia w upalny dzień jak zrobiony domowym sposobem kumys. Podawanie go, to mongolski zwyczaj i wyraz gościnności, kultywowany między innymi przy podejmowaniu gości w jurtach. W okresach kiedy nie jest produkowany, jego rolę pełni herbata. Ale to nie jest byle jaka herbata!  W jej składzie znajdziemy mleko, masło i sól. Ma swój specyficzny smaczek, ale im więcej jej pijemy, tym jest ona lepsza 🙂 Podczas powrotu odwiedziłem też kamień o kształcie fallusa, do którego zmierzają pary proszące o płodność. Dochodzi tam do ciekawych scen. Dookoła ogrodzenia, w którym kamienny posąg się znajduje, spacerują ludzie zgodnie ze wskazówkami zegara. Płot przyozdobiony jest błękitnymi wstęgami, symbolizującymi pomyślność, szczęście. Jest możliwość dostania się do środka, dlatego niektóre kobiety potrafią tam wchodzić, siadać na kamieniu okrakiem, zamykać oczy i się modlić.

Postój w drodze do Charchorin

Z koleżanką Degi

Rozległe mury klasztoru Erdene Dzuu

Owoo-miejsce odprawiania szamańskich rytuałów

Ofiary dla duchów

A może naprawdę jest magiczny? 😀

Oko w oko z żółwiem na stepie

Późnym popołudniem dotarłem do doliny Orkhon, która wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Pięknie meandruje w niej najdłuższa rzeka Mongolii o tej samej nazwie. Potomkowie Czyngis-Chana licznymi grupami, a w zasadzie całymi rodzinami obozowali w tamtym rejonie i wcale się im nie dziwię 😀 Postąpiłem tak jak oni, rozbijając mój namiot tuż nad rzeką i napawając się urokiem otaczających mnie krajobrazów. Następnego dnia wstałem wczesnym rankiem, postanowiłem nie robić śniadania, tylko przegryźć coś na szybko i spróbować złapać stopa do miejscowości położonej niedaleko największego wodospadu w kraju. Kiedy kończyłem się pakować, rodzina mongolska obozująca po przeciwnej stronie rzeki wysłała chłopca, żeby zaprosił mnie do ich obozowiska. Z grzeczności przyjąłem zaprosiny i spotkałem się z nimi. Jak później wyszło z rozmowy, zauważyli oni, że nie zjadłem śniadania wyprawiając się w drogę i dlatego postanowili podzielić się ze mną swoim. Panowała pozytywna i luźna atmosfera, była wymiana informacji, wrażeń i kilka fotek na koniec. Jakby tego było mało, na drogę dostałem jeszcze dwa jabłka. W celu złapania stopa do obranego przeze mnie celu, pomaszerowałem do kilku, niemalże identycznie wyglądających dróg szutrowych, którymi raz na jakiś czas przejeżdżało jakieś auto.

Między innymi w takich miejscach campingują Mongołowie

Dolina Orkhon (wpisana na listę światowego dziedzictwa UNESCO)

Czułem jak tamtejsza natura mnie wzywa…

Owoo, a w oddali za nim pomnik z mapą byłego imperium mongolskiego

Takie tam z potomkami Czyngisa 😀

Camp nad rzeką

W następnej części perypetii mongolskich dowiecie się, czy udało mi się złapać stopa na stepie i co się wydarzyło później, a było jeszcze więcej przygód i to sporo ciekawszych… 😉


0 Komentarzy

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *